Kościół p.w NSPJ

Budowę kościoła rozpoczęto w 1899 roku, w tym samym czasie, gdy wybudowana była już cerkiew. Według relacji zachowanych w tutejszym środowisku, w czasie uroczystości związanych najprawdopodobniej z poświęceniem, a może wcześniej z wyposażeniem cerkwi, jej fundator Jan Zatorski proponował, aby w jej wnętrzu znalazł się ołtarzyk dla ludności rzymskokatolickiej w Myczkowie, aby mogła (wraz z dojeżdżającym z Hoczwi księdzem uczestniczyć w mszach i nabożeństwach odprawianych jak dawniej w starej cerkiewce). Usłyszał podobno taką odpowiedź od księdza greko - katolickiego (lub według innego przekazu, wysokiego hierarchy - biskupa), że "dwie gospodynie na jednej kuchni nie mogą gotować".

Ta postawa hierarchy greko - katolickiego i zapewne również wciągniętych w to mieszkańców wioski spowodowała, że jeszcze tego samego roku Jan Nepomucen Zatorski poprzez ówczesnego ks. Andrzeja Gardziela zwrócił się do biskupa Ordynariusza Łukasza Soleckiego o możliwość poświęcenia kamienia węgielnego pod budowę nowego kościoła. Najlepiej chyba zilustruje ten problem odnaleziona korespondencja (listy) ks. Gardziela do biskupa Ordynariusza z lat 1899 - 1901 dotycząca Myczkowa i kościoła. Listy zachowały się w starej kronice parafii w Hoczwi i zostały dzięki uprzejmości obecnego proboszcza ks. Bronisława Walasa udostępnione. Znajdujemy w nich następujące fakty.

W pierwszym liście z 25 wrześnie 1899 roku ks. A. Gardziel zwraca się do ks. biskupa m. in. o możliwość odprawiania przynajmniej dwóch mszy w każdą niedzielę i święta, szczególnie dla tych, którzy nie mogą uczestniczyć we mszy św. w kościele parafialnym w Hoczwi. Do tej pory mógł odprawić tylko jedną mszę św. w niedzielę, a więc możemy przypuszczać, że do Myczkowa przyjeżdżał raz na półtora do dwóch miesięcy.
Dalej znajdujemy ciekawy fragment mówiący między innymi "księża obrządku greko - katolickiego mają w każdej gminie cerkwie, do którym w pewnym terminie czasu przybywają i odprawiają nabożeństwa, na których bywają i słabsze osoby i dziatwa. W naszym zaś obrządku słabi i dziatwa z dalszych wiosek pozbawieni są tego dobrodziejstwa, pozostają albo w domu lub chodzą na nabożeństwa ruskie, przez co odstręczają się od własnego. Aby temu zapobiec wskazanem jest, aby nasi księża mogli mieć władzę odprawiania dwóch mszy św. w niedzielę i święta uroczyste, a osobliwie proboszcz hoczewski mając kościółek w Średniej Wsi mógł w tym od czasu do czasu odprawić mszę św., a nie zaniedbywał nabożeństw in matrice...

We wsi Myczków, parafii hoczewskiej, wielmożny pan Jan Zatorski pragnie dla mieszkańców obrządku naszego zbudować kaplicę, ale pragnie także, aby ks. proboszcz od czasu do czasu miał tam nabożeństwo w niedzielę i święta uroczyste, a to znowu wtedy stać się może, jeżeli ks. proboszcz hoczewski władzę będzie miał od Waszej Biskupiej Mości odprawiania dwóch mszy św. .".
W końcowym fragmencie listu znajdujemy zdanie: "... Oprócz tej łaski uprasza następnie o władzę poświęcenia węgielnego kamienia pod mającej się budować kaplicy przez W. Pana Jana Zatorskiego, właściciela dóbr w Myczkowie..."
Odpowiedź przyszła do Hoczwi po około 2 tygodniach. W liście Biskupa Ordynariusza z dnia 6 października 1899 r. czytamy:
... Do wielebnego Księdza Andrzeja Gardziela
Dziekana i Proboszcza w Hoczwi.

Uwzględniając powody w prośbie z 25 września przytoczone dajemy Wielebności Waszej władzę binandi na wszystkie niedziele i święta, w których okaże się potrzeba odprawiania Mszy św. w kaplicy w Średniej Wsi, czy też raz jednej z sąsiednich parafii podczas odpustu, byle by dotychczasowe przepisy kościelne były zachowane.

Zarazem upoważniam Wielebność Waszą do poświęcenia kamienia węgielnego pod budowę kaplicy w Myczkowie...
Możliwe, że prace przy budowie kościółka rozpoczęto jeszcze przed zimą 1899 albo były już w trakcie gdy poświęcano fundamenty i kamień węgielny.
W kolejnym liście Ks. A. Gardziela do Biskupa Ordynariusza z 22 października 1901r. czytamy:
... Wielmożny Pan Jan Zatorski, właściciel z Myczkowa, w swojej gminie niedaleko dworu wystawił kościół, czyli dużą kaplicę w gotyckim stylu i wykończył o tyle, że już może być poświęcona do odprawiania Mszy św. i innych obrzędów kościelnych. Ponieważ teraźniejszy paroch z Polańczyka (był nim wówczas Wł. Hukiewicz 1895-1927), do którego cerkiewka w Myczkowie należy, żąda aby go proboszcz hoczewski każdą razą prosił o pozwolenie czy to odprawiania Mszy św. w jego cerkwi, czy odprawienia pogrzebu (bo tamtejsi od dawien dawna parafianie obrządku łac. przy cerkwi się grzebią) co jest dla proboszcza hoczewskiego dużo starszego wiekiem i upokarzającem i niewygodnem, bo po odbytej półtora mili podróży do Myczkowa, jeszcze blisko pół mili posyłać potrzeba o pozwolenie, przeto uprasza niżej podpisany proboszcz hoczewski, aby Najprzewielebniejszy Ordynayrat Biskupi udzielił mu władzy do poświęcenia kaplicy w Myczkowie.

Że na mocy zezwolenia Najprzw. r.p. Biskupa ks. Łukasza Soleckiego poświęcał fundamenta podpisany , wypadałoby, aby poświęcił i wybudowaną kaplicę. Ufa podpisany, że Najprzew. Ordynayrat tej prośbie jego nie odmówi.
Z przytoczonego w całości listu wynika, że prace trwały ok. 2 lat. Na swoją prośbę proboszcz hoczewski otrzymał w ciągu 2 tygodni odpowiedź od Biskupa Ord., którą pozwolę sobie zacytować w całości:
... Do Przwielebnego Ks. Andrzeja Gardziela, proboszcza obrz. łac. w Hoczwi.
Upoważniam wielebność Twoją do poświęcenia kaplicy formą przepisaną w rytuale - Ritus benedictem novam Ecclesiam i odprawiania tamże Mszy św. Po poświęceniu należy nam o tem donieść, abyśmy mogli wysłać odpowiedni dokument i pozwolenie na odprawianie Mszy św.
Przemyśl, dnia 6 listopada 1901
Josepfus Sebastianus Pelczar
Nie udało się odnaleźć wspomnianego dokumentu o dacie poświęcenia, ale należy przypuszczać, że dokonano tego właśnie w końcowych miesiącach roku.
Wybudowany kościółek jest bardzo ciekawy architektonicznie ze względu na swoją 2-wieżową fasadę i neogotycki styl. Wnętrze jest jednonawowe, sufit półokrągły deskowany (obecnie obity boazerią). Do budowy użyto tradycyjnie kamieni i cegły wypalonej na dworskim polu. Po wybudowaniu pokryto go strzechą, a później blachą. Zdarzyło się podobno, że po dość silnej burzy trzeba było uzupełnić nakrycie (pozrywało strzechę). Prace naprawcze wykonali mieszkańcy Myczkowa Michał Rafalski i nieznany z imienia Żyd z Myczkowa. Kościółek został zgodnie z zapisem w kronice parafialnej w Hoczwi (chociaż pod inna datą) w 1900 roku benedyktowany - poświęcony...W 1920 roku zmarł ks. A. Gardziel, w kronice zanotowano... Za jego staraniem i przy pomocy P. Jana Zatorskiego, włąsciciela Myczkowa został wybudowany w Myczkowie rzymsko-katolicki kościółek przez niego za zezwoleniem Najp. Ordynariusza w 1900r. - benedyktowany. Zaopatrzył kośćiól w Hoczwi i kościółek w Średniej Wsi i Myczkowie w ornaty, kapy, kielichy i bieliznę kościelną.

Jan Nepomucen Wit Zatorski umiera w 1913 r. w 67 roku życia. Pochowany został za kościółkiem na wprost ołtarza, obecnie znajduje się tam prosty nagrobek ogrodzony żelaznym płotkiem, który pochodzi właśnie z pierwotnego ogrodzenia miejsca pochówku. Jak wspomniał stary kościelny Antoni Krupiński z Rapiszki (grobowiec - miejsce złożenia trumny) przypominało piwniczkę i było obmurowane cegłami a trumnę zsunięto trochę pod ołtarz. Pan Zatorski miał 3 córki z drugiego małżeństwa (Helena, Honorata i Stanisława) Jedna z nich - Helena wyszła za mąż za Rudolfa Wawrosza i była matką ostatniego właściciela Myczkowa Czesława Wawrosza kpt. Wojska Polskiego. Został on rozstrzelany przez Niemców na górze Gruszka k. Leska za zorganizowanie siatki przerzutowej oficerów polskich po klęsce wrześniowej.

Właściciele wioski dbali o kościółek i jego wyposażenie, które jak na owe czasy było dość bogate i stylowo dopasowane do neogotyckiego charakteru budowli. Kościółek wyposażono w piękny dębowy neogotycki ołtarz z figurą Najświętszego Serca Pana Jezusa z dwoma bocznymi figurami Św. Jana Nepomucena i Św. Piotra. Następnie na wyposażeniu kościółka były dwa boczne ołtarzyki (obrazy) Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Bolesnej, ławka kolatorska (wyrzucona w latach 70-tych). Na drewnianym suficie zawieszone były lapmka wieczna i dwa pająki. Na chórze znajdowała się fisharmonia (wyprod. W Stanach Zjednoczonych). Nawet monstrancja stylowo była dopasowana wyglądem do wystroju wnętrza (zaginęła w latach 80-tych). Jeżeli dodamy do tego wspomniane kapy, kielichy i obrusy wyłania się obraz kościółka jak na tutejsze warunki (mała liczba wiernych) bardzo przyzwoitego.

Od momentu powstania kościółka Ci mieszkańcy Myczkowa, którzy uważali się za Polaków zaczęli być chowani za kościółkiem (tam też pochowano starą panią Zatorską zmarła w wieku 104 lat, Rudolfa Wawrosza, ojca właściciela, jego syna Jurka i innych).

Ksiądz z Hoczwi starał się przyjeżdżać na Mszę św. ok. raz w miesiącu przed wybuchem wojny, a już praktycznie przestał przyjeżdżać po roku 1943. Wynikało to z bardzo niechętnego stosunku do niego Polaków z Myczkowa jaki prezentowali dawni mieszkańcy Berezki bardzo nacjonalistycznie i wrogo nastawieni do wszystkiego co polskie. W 1943 r. jak wspomina ówczesny proboszcz w Hoczwi ks. Feliks Suchart w kronice parafialnej... kiedy wracał z Myczkowa po nabożeństwie na tzw. "Bohaterze" zaraz za Myczkowem został napadnięty. Ukraińcy ukryci za drzewami w lesie obrzucili furmankę dużymi kamieniami w następstwie czego furman i organista zostali ugodzeni kamieniami i mocno pokaleczeni skutkiem uderzeń. Chcieli po prostu jak się później okazało zabić księdza polskiego... bo po co jeździ do Polaków w Myczkowie.
W latach 30-tych przed wojną przyjeżdżali do Myczkowa dość licznie goście - wczasowicze zwani "letnikami". Zamieszkiwali w specjalnie w tym celu wybudowanym domu wczasowym na tzw. "Bercu". Oni również uczestniczyli w mszach św. odprawianych w kościółku. Tradycją było, że kpt. Wawrosz zapraszał Ks. i organistę po mszy na obiad do dworu.

Ponieważ właściciel Myczkowa m.in. wybudował oprócz pensjonatu "Dwór na Bercu" również korty tenisowe, zaporę wodną na miejscowym potoku oraz wytyczył i urządził ścieżki rekreacyjne prowadzące aż nad pobliski San. (obecnie Zalew Soliński) i fakt że przy jednej z nich znajdowało się naturalne źródło wody mineralnej powodowało, że przyjeżdżało tu dużo "letników" oraz chorych szczególnie na astmę, gruźlicę aby leczyć się i wypoczywać w specyficznym klimacie. Przez jakiś czas kpt. Wawrosz dzierżawił nawet pensjonat w Żukowie oraz był właścicielem małej restauracji w Krakowie. W 1941 roku Niemcy zarekwirowali dzwon z kościółka ponieważ nikt nie ostrzegł Polaków o mającej nastąpić rekwizycji chociaż jak wspominałem Rusinom - Ukraińcom udało się schować 1 dzwon ("Pawła"), drugi z cerkwi "Michał" został również skonfiskowany. Kilka lat (ok. 2-3) do roku 1947 mieszkańcy wioski pozostawali praktycznie bez kapłana rzymsko-katolickiego.
Pierwszym powojennym księdzem rzymskokatolickim przybyłym do naszej wioski z posługą duszpasterską był wspaniały człowiek i kapłan ks. Franciszek Stopa.

Początki duszpasterzowania nie były łatwe, inne były przyzwyczajenia ludzi nawet co do uczestnictwa we Mszy św. (choć początkowo Ks. Stopa mając do posługi ogromny obszar objęty zasięgiem parafii Wołkowyja przyjeżdżał lub przychodził również do kościółka ok. raz w miesiącu. Panowała ogromna bieda. Jednak ogromny optymizm, umiłowanie regionu, w którym przyszło mu pracować, upór i umiejętność nawiązywania kontaktu ze wszystkimi, nie wyłączając ówczesnych władz, przynosiły powolne ale konkretne efekty. Lata 50 i 60-te to okres w naszym rejonie, kiedy zaczyna nabierać realnego kształtu przedwojenna wizja zagospodarowania tych terenów m.in. zapora wodna w Solinie, później budowa Polańczyka.

 Do wiosek, w tym i do Myczkowa zaczyna docierać cywilizacja. We wrześniu 1962 roku rozpoczęto budowę drogi z Hoczwi przez Myczków, Polańczyk w kierunku Wołkowyji. W maju 1963 roku rozpoczęło się układanie nawierzchni asfaltowej oraz prace przy elektryfikacji wsi, która ukończono 15 września 1963 roku.
Tylko dzięki zabiegom Ks. Stopy i jego znajomościom w tamtych czasach objęto elektryfikacją również kościółek. Oczywiście w istniejącej sytuacji nie było szans na jakieś większe prace remontowe, tym bardziej, że to właśnie kościół parafialny wraz z ołtarzem i cennym obrazem Matki Bożej z Łopienki w pierwszej kolejności wymagał prac zabezpieczających i remontowych. Podobna jak w Myczkowie, a może nawet gorsza sytuacja była we wszystkich pobliskich kościółkach i cerkiewkach na terenie parafii.

Przybycie ks. wikarego Franciszka Rząsy do Polańczyka (1968) stwarzało nową sytuację i było ogromną pomocą dla Ks. Stopy. Trzeba powiedzieć, że od początku obaj Ci kapłani wspaniałe się rozumieli i współpracowali jako ludzie i duchowni.

Mody wikary ujmował wszystkich swoją skromnością, pokorą, pracowitością, no i nowymi pomysłami. Pod jego kierunkiem dzieci i młodzież oraz starsi przystąpili m.in. do porządkowania cmentarza i otoczenia kościółka i cerkwi - wtedy jeszcze magazynu. Mimo trudności i biedy prowadzono zajęcia nauki religii przez wiosnę, lato w kościółku, a w zimie w prywatnym domu u P. Jarosława Drozda. Chcąc wynagrodzić młodemu wikaremu jego oddanie i zaangażowanie oraz wspomóc go materialnie młodzi parafianie postanowili zebrać datki pieniężne na ten cel. Młodzież z ówczesnej klasy ósmej (1967/68) postanowiła zebrać pieniądze na ten cel. Aktywnie uczestniczyły w tym ówczesne uczennice: Wiesława Matuszewska (Mikołajczyk), Danuta Baran (Matuszewska), Barbara Matuszewska (Onyszko), Janina Drozd (Zielińska). Opracowały one listę (w zeszycie), podzieliły się obszarami, w których miały dokonać zbiórki i przystąpiły do zbierania. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, mieszkańcy w miarę możliwości chętnie dawali, a ci co nie mieli zobowiązali się dać w innym terminie. Jak na ówczesne warunki kwota uzyskana była w sumie dość duża.

Próbowano ją podarować Ks. Rząsie, ale Ks. mimo, ze bardzo biedny, jej nie przyjął twierdząc, że są inne potrzeby w miejscowości i kościele, na które można je przeznaczyć, a on jakoś sobie da radę. Ponieważ kościółek był bardzo skromny (brak posadzki), a ołtarz stał tylko na betonowym podwyższeniu zaproponował, aby zakupić dywan do kościółka. Tak tez zrobiono. Ale takie wydarzenie we wsi zostało skrzętnie odnotowane przez życzliwych czuwających członków ORMO i zaczęły się problemy. Na pierwszy ogień poszły dzieci. Nikt nie pytał wtedy rodziców o pozwolenie i nie przestrzegał praw dziecka w szkole. Pewnego dnia do szkoły przyjechało 3 "smutnych" panów i zaczęto uczennice po nazwisku wywoływać wg listy do kancelarii, tu jeden z panów odczytywał im co im grozi za popełniony czyn (od utraty możliwości nauki w szkole ponadpodstawowej do kary więzienia włącznie). W niewybredny sposób zastraszano i krzyczano na dzieci. Możemy tylko sobie wyobrazić co przeżyły te dziewczyny tam w kancelarii. Jednak należy powiedzieć również o tym, że ówczesny dyrektor szkoły Eugeniusz Wojciechowski ostrzegł jedną z nich (Janinę Drozd) o mającym się odbyć przesłuchaniu i mówił, ażeby się nie bała bo nic jej nie mogą zrobić. Ta wspaniała postawa nauczyciela jest tym bardziej cenna, że wówczas był on dyrektorem, członkiem PZPR i ryzykował bardzo dużo - ale dobro dziecka (uczennicy) było dla niego widocznie ważniejsze. Mimo to przesłuchiwane i przestraszone uczennice bardzo płakały stojąc pod szkoła, a później w domu.

Prowadzącym śledztwo chodziło szczególnie o spis osób, które dały i o sumy uzyskane. Wszystko to znajdowało się w zeszycie, którym opiekowała się Wiesława Matuszewska - Mikołajczyk. W mieszkaniu jej rodziców, Rozalii i Władysława Matuszewskich (z Miarek) dokonano więc rewizji przy użyciu policji - funkcjonariuszy z Wołkowyji i psów policyjnych. Wszystko w domu zostało przewrócone do góry nogami łącznie ze słomą z łóżek, natomiast zeszyt obiekt poszukiwań leżał cały czas na widocznym miejscu na lustrze i nie został odnaleziony. Kolejny etap to wezwania na tzw. "powiatówkę" KPMO w Lesku osób starszych, a więc m.in. Stefanii Drozd matki Janiny, Wacławskiej Marii z Rapiszki oraz Rozalii Matuszewskiej z Miarek i Rozalii Matuszewskiej od........................................ Kobiety były w tej sprawie przesłuchiwane prawie przez cały dzień w Lesku. Ponieważ nie można było zarzucić Ks. Rząsie przywłaszczenia pieniędzy, a dywan był już kupiony sprawa została umorzona i uczennice mogły kontynuować dalszą naukę w szkołach ponadpodstawowych.
Ks. Rząsa również musiał tłumaczyć się na tzw. "powiatówce". Były to trudne i straszne czasy, ale wspaniała więź, która wytworzyła się wtedy między uczniami a katechetą, który wspaniale umiał rozbudzić młodzież do modlitwy, obrony swoich przekonań i do prawdziwie chrześcijańskiej postawy przetrwała do czasów dzisiejszych. Wyrazem tego są m.in. spotkania ze swoim pierwszym katechetą ks. F. Rząsą i jego duchowa więź z byłymi uczniami.

Parafianie z Myczkowa byli bardzo zaangażowani w prace na rzecz parafii w Polańczyku, nic praktycznie z większych prac wówczas prowadzonych nie odbywało się bez ich pomocy. Pomagali również ks. F. Stopie w jego księżym gospodarstwie, budowali m. in. z innymi wiernymi budynek gospodarczy i stodołę, trzeba również uczciwie powiedzieć, że tu w tym środowisku mógł on, ks. Stopa liczyć zawsze na pomoc i zrozumienie. To tu właśnie w Myczkowie już po odejściu z parafii przechowywał jeszcze długi czas swoją słynną pasiekę (u p. Franciszka Krupińskiego na Rapiszce), tu również po raz pierwszy po kilku latach zaproszony odprawił uroczystą Mszę św. podczas pierwszego parafialnego odpustu Matki Bożej Nieustającej Pomocy, kiedy sprowadzono Jej obraz z Tuchowa. Tu również wdzięczni parafianie ufundowali i wmurowali ku jego pamięci i tego co dokonał dla naszej społeczności i całej parafii Polańczyk tablicę pamiątkową w rocznicę śmierci (wmurowana 2 maja 1998).
Właściwie nikt z mieszkańców wioski nie podejrzewał, że ks. Stopa zamierza odejść, co było tego przyczyną zapewne nie dowiemy się już nigdy. Pewną i prawdopodobną wersję tych wydarzeń znajdujemy w książce A. Sałapaty.


W październiku 1970 roku, po 22 latach duszpasterzowania ks. Stopa opuścił Polańczyk a jego miejsce zajął ks. Wiktor Obrocki, który nominację na proboszcza w Polańczyku otrzymał w dniu 3 listopada 1970 roku.
W dniu 27 listopada 1970 roku w Urzędzie Parafialnym w Polańczyku spisano protokół zdawczo - odbiorczy. Obecni byli ks. Dziekan Feliks Suchart, ks. Wiktor Obrocki, ks. Franciszek Stopa i ks. Stanisław Ulaszek kooperator w Polańczyku a zarazem sekretarz.
Tu właśnie w tym dokumencie znajdujemy m. in. wzmiankę o tym jak wyglądał i co się znajdowało m. in. w kościółku w Myczkowie. Otóż zapisano w nim ... kościółek filialny w Myczkowie: murowany, z dwoma wieżyczkami, w jednej z nich znajduje się dzwon. Kościółek kryty blachą, wymagający konserwacji, odnowiony fronton kościoła, wewnątrz malowany farbą emulsyjną białą. Sklepienie drewniane. Kościółek z zewnątrz wykazuje trzy pęknięcia, okna, drzwi wejściowe, chór wymagają remontu.
Wyposażenie wnętrza: ołtarz drewniany gotycki z figurą Serca Pana Jezusa i dwoma bocznymi św. Jana Nepomucena i św. Piotra. Tabrnakulum drewniane, w którym przechowuje się Najświętszy Sakrament, 6 lichtarzy metalowych, 1 krzyżyk ołtarzowy metalowy, dywan nowy, 2 dzwonki, obraz Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej na płótnie (z cerkwi), Matki Boskiej Częstochowskiej na drzewie i Matki Boskiej Bolesnej, fisharmonia, dzwonek przy zakrystii, dwie chorągwie białe, ławki do usunięcia. Zakrystia o wymiarach 2 x 2 m2, w której znajduje się szafa drewniana stara (wykonana przez Jerzego Drozda "z Karszmiska" na zamówienie szlachty zagrodowej z Rapiszki - przypis autora), lampka wieczna i pająk. Stary konfesjonał. Naczynia i szaty liturgiczne: 1 kielich z pateną, 1 puszka, ornaty we wszystkich kolorach, 2 alby, 4 humerały, 1 cingulum, 6 komeżek ministranckich z kołnierzykami, 2 obrusy.
Otoczenie kościoła - ogrodzony żywopłotem. Parcela jest własnością kościoła, podarowana przez właściciela Myczkowa p. Zatorskiego.
Kościółek został wybudowany przez p. Zatorskiego.

Oczywiście nie jest to pełny stan tego, co znajdowało się w kościółku, a szczególnie na chórze, gdzie stary kościelny Antoni Krupiński gromadził m. in. obrazy z okolicznych cerkwi, szaty liturgiczne i inne rzeczy. Obrazy, pająk, lampka wieczna, sygnaturka oraz mszał z 1900 roku zostały przewiezione przez ks. Obrockiego na plebanię w Polańczyku. Znalazły się tam również wcześniej za ks. Stopy feretrony (w tyn jeden najbardziej wartościowy w metalowej oprawie) oraz tabernakulum cerkiewne, z którego ks. F. Stopa robił grób w okresie Świąt Wielkanocnych. Obraz Matki Boskiej Bolesnej, własność Myczkowa, po konserwacji znajduje się obecnie w kościółku w Zabrodziu.

Według relacji ks. Obrockiego wyżej wspomniane obrazy oprócz tego przekazanego przez niego do Zabrodzia zaginęły z parafialnego strychu przy okazji wyjazdu z parafii Polańczyk jednego z ostatnich księży wikariuszy.
Część wyposażenia (lichtarze 6 sztuk) wypożyczono do kościoła w Berezce.
Z biegiem czasu większość starych i niepotrzebnych sprzętów liturgicznych niszczała i przy okazji porządków kościelnych była wyrzucana i palona. W 1972 roku - dwa lata po objęciu parafii ks. W. Obrocki sporządził sprawozdanie z pracy duszpasterskiej parafii Polańczyk. Według tego sprawozdania liczyła (również nasza parafia) ona 1180 wiernych z tego 20% gorliwych katolików, 50% średnich, 30% obojętnych na sprawy kościoła. Opisał również Ks. Proboszcz wszystko jak wyglądało i co należałoby zrobić. Wyłania się z tego dokumentu ogrom prac, które czekały zarówno Księdza jak i parafian, a czasy nie sprzyjały sprawom religii i wiary.

O Myczkowie napisał Ks. Proboszcz tak:
"... w Myczkowie kościół rzymsko-katolicki wymaga natychmiastowego remontu. Ulega zniszczeniu konstrukcja drewniana na wieżach kościoła, brak rynien spowodował zawilgocenie budynku od dołu, na ścianach pojawiły się pęknięcia wymagające ankrowania. Schody wejściowe ulegają zniszczeniu. Wnętrze kościoła znajduje się w stanie surowym, potrzebna przeróbka i wzmocnienie chóru, który może grozić zawaleniem. Brak polichromii. Brak posadzki i ławek. Ołtarz wymaga przystosowania do nowych obrzędów liturgicznych, potrzebne nowe okna i drzwi. W ostatnim roku zakupiono materiał na rynny."
Trudne były te początki współpracy między nowym proboszczem a mieszkańcami Myczkowa, brak materiałów, wykonawców oraz słabe zaangażowanie większej liczby wiernych początkowo nie wróżyły dobrze podjętym czynnościom. Ale mimo pewnych trudności udało się nowemu proboszczowi dokonać pewnych prac zabezpieczających i remontowych. Wykonano nową elewację frontonu kościółka, ogrodzono drewnianym płotem działkę od strony placu i drogi. Już wtedy Ks. Obrocki myślał o drugim kościele...
"... W Myczkowie będziemy mieli drugi kościół (dawną cerkiew), która w tej chwili służy jako magazyn mąki, ale w najbliższym czasie zostanie przekazana przez konserwatora zabytków. Wymaga kompletnego remontu. Może w ten sposób nie będzie zagrażało nam prawosławie na terenie naszej parafii. Cerkiew lepiej spełniałaby potrzeby wiernych Myczkowa gdyż jest budynkiem obszernym, ma osobną, dość wygodną zakrystię i przedsionek, gdzie można założyć drzwi eucharystyczne, co w Myczkowie byłoby bardzo potrzebne ze względu na bliskość szosy o dużym ruchu w okresie turystycznym. Cerkiew jest zabytkiem architektury."

Jego zamiary ziściły dopiero w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1977 roku, jak już wspomniano wcześniej.
Jak zaznaczył ówczesny Ks. Proboszcz z perspektywy czasu należy zaznaczyć, że mieszkańcy Myczkowa w zdecydowanej większości byli bardzo zaangażowani w życie parafii i zawsze chętnie pracowali na rzecz całej wspólnoty.



Reklama
 
Muzeum w Myczkowie
 
Strona o miejscowości Myczków
Schola w Myczkowie
 
Strona o miejscowości Myczków
Kartka z kalendarza
 
 
Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (7 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=