Cerkiew w Myczkowie


Pierwsze wzmianki o istnieniu cerkwi w Myczkowie pochodzą z 1830 roku. Mówią one o istnieniu drewnianej cerkwi pod wezwaniem św. Paraskiewii, męczennicy. Takie same wezwanie miała istniejąca również wówczas cerkiew parafialna w Polańczyku. Istnienie cerkiewki pod takim wezwaniem potwierdzają mapy katastralne z roku 1852. Istniała ona do momentu rozpoczęcia budowy cerkwi murowanej. Ponieważ na podstawie dokumentów jakimi są schematyzmy greckokatolickie z lat 1890 -1900 oraz 1906, 1918, 1928, 1938 nie można jednoznacznie określić dokładnego roku wybudowania i poświęcenia ze względu na to iż w wybranych schematyzmach (1833 -1903) mówi się o cerkwi drewnianej pod wezwaniem św. Paraskiewii (gr. cb. ), natomiast w schematyźmie z 1918 r. Zanotowano, że wybudowano ją w roku 1899 i była pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Natomiast schematyzm z 1928 i 1930 roku podaje, że zbudowano ją w 1915 roku. Szczególnie ta ostatnia data jest bardzo wątpliwa, ponieważ jej fundator Jan Nepomucen Wit Zatorski, właściciel Myczkowa, zgodnie ze swoim epitafium zmarły w 1913 roku nie mógł dokonać jej fundacji w 1915, ponieważ nie żył już 2 lata.

Aby możliwie jak najdokładniej uściślić termin powstania cerkwi oparłem się na przekazach i relacjach znanych mieszkańcom Myczkowa, a związanych z tym wydarzeniem.
Według ich relacji i ustaleń problem wyglądał następująco. Cerkiew wybudowano przed 1899 rokiem z fundacji ówczesnego właściciela wsi Jana Nepomucena Wita Zatorskiego.
Budowana była wspólnie przez Polaków i Rusinów zamieszkujących w Myczkowie. Pierwszy kamień przywiózł i położył w fundamenty cerkwi Michał Rafalski z Rapiszki - dziadek p. Piotra Rafalskiego. Miała służyć podobnie jak ta starsza drewniana dwu wyznaniom (greko katolikom i rzymsko katolikom) jakie tu w Myczkowie występowały. Ponieważ stara cerkiewka była bardzo mała, więc nową budowano wokół niej i według jednej relacji rozebrano ją wówczas gdy gotowe były już mury nowej cerkwi. Inny przekaz mówi, że rozebrano ją całkowicie już w początkowej fazie budowy, tylko nad ołtarzem zostawiono zadaszenie pod którym odprawiano msze i nabożeństwa. Dach na wymurowanej cerkwi początkowo był pokryty strzechą, później gontem, a na końcu blachą. Ślady gontów można było jeszcze spotkać w czasie prac blacharskich w latach 90-tych naszego wieku na dachu dawnej cerkwi.

Fundamenty do wysokości ok. 1,5 m wykonano z kamienia, wydobywanego prawdopodobnie w tzw. "Labajowym lesie" (część lasu nad Zalewem Solińskim), cegłę natomiast wypalano na polu dworskim "za ogrodem" dworskim. Zajmował się tym Podkalicki Jan z Soliny, który tej sztuki uczył się podobno na Węgrzech. Grubość murów cerkwi waha się od ok. 80 cm - nawa i prezbiterium; do ok. 1 m - wieża. Zbudowano ją zapewne według obowiązującego wówczas wzoru austryjackiego dla budowli tego typu. Swym zewnętrznym wyglądem najbardziej zbliżona jest do nieistniejącej cerkwi w Lesku (1837, 1846)oraz do istniejącej w Czaszynie (1835 rok) i wybudowanej trochę później (1908 rok ) w Polańczyku. Materiał - drewno ze starej cerkwi użyto podobno do remontu kościółka w Średniej Wsi (1620 rok).

Cerkiew jest dwudzielna z wieżą nad babińcem (przedsionkiem) - miejsce to tak bardzo umiłowała sobie stała grupa męskiej społeczności Myczkowa. Sufit półokrągły wykonany z drewna a następnie obity trzciną i otynkowany. Centralną częścią cerkwi był ikonostas, z którego do obecnych czasów zachowała się jedna ikona (św. Mikołaja z XVII wieku), znajdująca się obecnie w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. W prywatnym posiadaniu w Myczkowie znajduje się jeden z prazdników z tutejszej cerkwi malowany na posrebrzanej blasze.

We wspomnieniach żyjących mieszkańców dotyczących ikonostasu mówi się, że był piękny. Wywożeni w 1947 roku mieszkańcy Myczkowa - Rusini nie zabrali ze sobą nic z cerkiewnego wystroju.

Zaraz po wysiedleniu w 1947 roku państwo polskie starało się zabezpieczyć pozostawione mienie w cerkwiach wydając zarządzenia o konieczności dokonania spisów rzeczy pozostawionych przez przesiedleńców w cerkwiach i ich zabezpieczeniu. Ówczesna gmina Wołkowyja otrzymała takie zarządzenie Starosty leskiego 28 VIII 1947 r., ale nie wiadomo dlaczego nie dokonano takich czynności. Możliwe również, że były one podjęte, ale zaginęły. Takie spisy zachowały się m. in. Dla cerkwi w Zwierzyniu i Bóbrce Tylko dzięki odważnej postawie ówczesnego kościelnego p. Antoniego Krupińskiego z Rapiszki udało się przy pomocy młodzieży przenieść z cerkwi do kościoła część wyposażenia, m. in.: obraz Matki Bożej depczącej głowę węza (znajdował się on za carskimi wrotami na ścianie za menzą ołtarzową), ornaty, kapy, płaszczenicę (specjalnie zdobione nakrycie ołtarza), mniejsze obrazy, krzyże, chorągwie, feretrony (było ich kilka). Jeden z nich zachował się do czasów dzisiejszych - kupiony za pieniądze złożone przez wszystkich mieszkańców wioski, a kosztował ok. 200 zł. (czyli wartość dwóch dobrych krów przed wojną).

Kościółek wzbogacał się również o elementy wyposażenia z innych okolicznych, opuszczonych cerkwi i cerkiewek (m. in. w Berezce, Bereżnicy Niżnej). Do czasów współczesnych praktycznie nie zachowało się wiele tych rzeczy, bo albo źle przechowywane zniszczała na kościelnym strychu i zostały spalone w czasie porządków, albo jak obrazy gdzieś zaginęły. Oprócz wspomnianego obrazu z cerkwi, który wymaga konserwacji, oraz obrazu z Bereżnicy Niżnej, który obecnie znajduje się w kościółku w Zabrodziu, feretronu i dzwonu, zachował się jeszcze krzyż procesyjny znajdujący się w szkolnej izbie regionalnej, stary krzyż z cerkiewnej kopuły (możliwe, że pochodzi jeszcze ze starej drewnianej cerkwi), nagrobny krzyż na betonowym cokole p. Hodaka z cerkiewnego cmentarza (stojący obecnie za kościołem), a znajdujący się dawniej w obrębie starej lipy (jedynej z czterech otaczających cerkiew od strony drogi), oraz miejsce po istniejącym nagrobku za prezbiterium cerkiewnym - podobnie ogrodzonym jak nagrobek za kościołem, w którym według relacji mieszkańców, miała być pochowana siostra Jana Nepomucena Zatorskiego (a może matka - Eulalia). Najstarsi mieszkańcy pamiętali, że obok ogrodzonego metalowym płotkiem miejsca posadzona była piękna, biała róża. Jej zdziczałe resztki rosły jeszcze w latach 80-tych, kiedy ze względu na budowę chodnika zniszczono również ten nagrobek.

Resztę wyposażenia, a szczególnie ikonostas został porozbijany i wywieziony z Myczkowa w 1947 - 1948 roku, i najprawdopodobniej spalony między Berezką a Średnią Wsią, lub jak mówi inna wersja, przewieziony został do Hoczwi i tam z braku miejsca w tamtejszej cerkwi (do której podobno zwożono wyposażenie z innych cerkwi z okolicy), spalony przez niejakiego Mazura - kierownika referatu wyznań przy urzędzie powiatowym w Lesku, pochodzącego z Dydni.
Opustoszała cerkiew niszczała, a jej wnętrze wykorzystywane było bardzo różnych celów, nie zawsze dobrze świadczących o mieszkańcach wioski. W latach 50-tych postanowiono przeznaczyć ją do rozbiórki, a z uzyskanego materiału zamierzano wybudować szkołę podstawową. Pomysł zyskał poparcie prawie wszystkich mieszkańców wioski, którzy wpisali się na listę utworzoną z tej okazji. Były jednak rodziny, które nie akceptowały tego "wspaniałego" pomysłu i nie podpisały listy za rozbiórką (m. in. Drozdowie).
Mimo zebranych podpisów nie znalazł się jednak nikt, kto jako pierwszy poszedłby i rozpoczął rozbiórkę cerkwi - dzieła swoich dziadów i ojców.
Myślę, że wszyscy mieszkańcy Myczkowa mają dziś dużą satysfakcję z tego, że nie zrealizowali wtedy - zapewne z inspiracji ówczesnych władz politycznych i społecznych - tego pomysłu, gdy stają we wnętrzu cerkwi, dziś kościoła parafialnego pięknie odnowionego i zadbanego. Władze o dziwo zaniechały realizacji swojego planu i cerkiew przeznaczono na magazyn Spółdzielni Produkcyjnej, która powstała w 1959 roku, a jej sztandarowa inwestycja w niedługim czasie stanęła naprzeciw cerkwi i kościoła - była to ogromna stodoła "zachowana" jeszcze do lat 90-tych. Służyła ona mieszkańcom wioski, członkom Spółdzielni do magazynowania zboża, prac omłotowych a później jako magazyn - baza Kółka Rolniczego i magazyn nawozów. Przywiązanie do tego obiektu było tak duże, że jej rozebranie nawet w latach 90-tych (1999 r.), nastręczało duże trudności, nie tylko techniczne. Stodoła miała być jedną z pierwszych inwestycji, planowano dalsze m. in.: dużą świniarnię w pobliżu kościoła - nietrudno chyba skojarzyć, dlaczego akurat tego typu budowlami otaczano miejsce kultu religijnego w tamtych czasach.

Ten "wspaniały" twór jakim była Spółdzielnia Produkcyjna istniał i służył tylko wąskiej grupie ludzi - szczególnie członkom zarządu, reszta musiała ciężko pracować i nic z tego nie miała. Ci, którzy nie należeli do Spółdzielni - nie oddali ziemi - byli szykanowani, a ich synów jako element niebezpieczny, kierowano w ramach służby wojskowej do pracy w kopalniach, gdzie wykorzystywani byli jako darmowa siła robocza i gdzie tracili zdrowie, a często i życie.
Po upadku Spółdzielni Produkcyjnej cerkiew spełniała dalej rolę magazynu, a jej wnętrze było czasowo wykorzystywane np.: przez leśnictwo w Myczkowie do łuskania szyszek w zimie i suszenia gałęzi dla zwierzyny. Przez ten okres nikt jej nie remontował. Dalsze dzieje cerkwi to pełnienie funkcji magazynu Gminnej Spółdzielni Hoczew, w którym dokonywano wymiany mąki. Otoczenie
 i zewnętrzny stan cerkwi przedstawiał widok można powiedzieć straszny. Pomimo, że wokół cerkwi znajdowały się przecież groby, to nikt w tamtych latach nie dbał o cmentarz. 
Całość cerkwi otoczona była bujnymi chaszczami i pokrzywami,
w których leżało masę szkła, a przede wszystkim butelek po winie oraz po wódce, które wyrzucali tu okoliczni rolnicy, gdy po szczęśliwym zakupie obowiązkowych nawozów, czy wymianie zboża na mąkę raczyli się jak przystało na tamte czasy bardzo obficie alkoholem. Jak wspomina jeden z okolicznych rolników czas oczekiwania się wydłużał, a i czasami było dość zimno, więc dla rozgrzewki trzeba było coś wypić. Często też te chaszcze i otoczenie cerkwi służyło pijanym mieszkańcom za miejsce załatwiania potrzeb fizjologicznych. O dziwi dokonywali tego Polacy, jak również ci, co uważali się za Rusinów - greko katolików i byli
w tej cerkwi ochrzczeni. Całość obrazu dopełniały masowe doły i dołki z których wybierano ziemię, szczególnie przed Świętem Zmarłych, gdy porządkowano groby bliskich i do tego celu potrzebna była ziemia, aby uzupełnić ubytki. Większość nagrobków była z darni i gliny. Plac cerkiewny i kościółek otoczone były żywopłotem z graba, który raczej nie był za często przycinany. Nieodzownym elementem krajobrazu były stada kawek gnieżdżące się na cerkiewnym strychu.

Nabożeństwa przed wojną w cerkwi odprawiane były przez księży greko katolickich z Polańczyka. Oni też nauczali religii przed wojną na zmianę z księdzem rzymskokatolickim w istniejącej szkole podstawowej, która powstała w latach 30-tych. Była to szkoła jednoklasowa. W czasie okupacji w szkole powstały dwie klasy: polska i ukraińska. Przez jakiś czas uczył w tej szkole wspomniany wcześniej nacjonalista, ks. A. Radio, który słynął z robienia różnic i nawoływania do rozprawy z Polakami. Ksiądz ten poszedł, według relacji mieszkańców, do oddziału zbrojnego UPA. Po nim nauczał religii ostatni greckokatolicki proboszcz z Polańczyka, ks. Buda, bardzo dobrze wspominany przez mieszkańców okolicy. Wyjechał on wraz z pierwszą grupą wysiedlonych do Rosji. Ks. Suchart z Hoczwi do szkoły przyjeżdżał rzadko, ponieważ bał się o swoje życie ze względu na agresywne zachowanie mieszkańców Berezki, przez którą musiał przejeżdżać.

Ponieważ księży greko i rzymskokatolickich wymieniałem w poprzednim rozdziale, chciałbym tylko wspomnieć o cerkiewnym diaku z Polańczyka p. Dacko o przezwisku "Picur", który pozostał w pamięci ze względu na to przezwisko i sposób czesania włosów, które na bok przytrzymywał spinkami.
Ostatni cerkownik - kościelny w Myczkowie - Ustianowski Michał znany pod przydomkiem "Łuczkanin". On to chodził zawsze dzwonić na cerkiewną wieżę, w której znajdowały się trzy dzwony. Największy z nich "Michał" poświęcony był zapobieganiu nieszczęściom: gradobicia, ulewnych deszczów, burz i dzwoniono nim, gdy nad wioską pojawiły się niebezpieczne chmury.

On też (cerkownik) przed wysiedleniem z Myczkowa (jak wspominają mieszkańcy) oddawał wszystkim ludziom świeczki, które znajdowały się w cerkwi, oraz zdradził miejsce okrycia jednego z dzwonów, który został zakopany przed rekwizycją w 1941 r. przez Rusinów - Ukraińców. Oni to dowiedziawszy się o mającym nastąpić zabraniu dzwonu przez Niemców, ściągnęli najlepszy dzwon i zakopali go w starej trupiarni, która stała w rejonie dzisiejszego ogrodzenia na wysokości początku obecnego cmentarza od strony szosy asfaltowej
Polacy o fakcie rekwizycji dzwonów nie zostali ostrzeżeni (zapewne specjalnie) i Niemcy zabrali z kościółka dwa, a także z cerkwi dwa dzwony.

Ten cerkiewny dzwon wisi obecnie na nowej dzwonnicy w jej najwyższej część i używany jest jako sygnaturka. Dziwne były jego losy. Po wykopaniu został zawieszony przed kościółkiem na dwóch drzewach (akacji i jaworze), później zawieszono go na zbudowanej drewnianej dzwonnicy przy kościółku - stojącej poniżej obecnie wybudowanej. Następnie zawieszono go w kościółku na wieży, a po odzyskaniu cerkwi powrócił na dawne miejsce w wieży cerkiewnej, aby na koniec zawisnąć na nowo wybudowanej dzwonnicy na honorowym miejscu. Zdarzało się, według tutejszych opowieści, że czasami sam wieczorem dzwonił jak wspominają mieszkańcy.

Pierwszy powojenny proboszcz rzymskokatolickiej parafii Polańczyk, ks. Franciszek Stopa (o który pisze A. Sałapata - "Pielgrzymowanie wśród wilków". Lesko - Polańczyk 2000) dzięki swojej zapobiegliwości i znajomości otrzymał protokołem z 30 maja 1949 roku 8 miejscowych cerkwi, w tym także cerkiew w Myczkowie. Decyzję tę Prezydium PRN w Lesku unieważniło 5 lipca 1954 roku pismem L. W 7/4/54. Ks. Stopa usiłował odzyskać cerkwie, lecz bez skutku.
W ankiecie z 1967 roku ks. Proboszcz F. Stopa zaznaczył, że po przesiedleniu ludności z Soliny (ze względu na budowę zapory wodnej) część rodzin osiedliła się w Myczkowie, który jest przeludniony i dotychczasowa kaplica (kościółek) rzymskokatolicka z uwagi na ciągły przyrost ludności będzie niewystarczający. Proponował więc otwarcie stojącej w pobliżu cerkwi murowanej, która była w dobrym stanie i mogła pomieścić dwukrotnie większą liczbę wiernych.

Argumentem było tu odciążenie parafii w posłudze duszpasterskiej tego reprezentacyjnego regionu Bieszczadów. Plan ten wówczas nie doczekał się realizacji mimo, że dokumentowano go wcześniej przytoczonymi dokumentami
Dziesięć lat od tych poczynań czekała jeszcze cerkiew na wydarzenia, które miały zmienić jej losy, a rozpoczęły one poza terenem parafii. Tak relacjonował je ks. Wiktor Obrocki następca ks. F. Stopy na probostwie w Polańczyku, ich główny uczestnik i organizator. W czasie kongregacji w Starej Wsi u Jezuitów ks. Biskup Ordynariusz Ignacy Tokarczuk zainicjował tę akcję w dość niecodzienny sposób. Otóż w czasie indywidualnej rozmowy ze mną poklepywał mnie ciągle po ramieniu (wzbudzając duże zdziwienie pozostałych księży). W rozmowie nalegał, aby jak najszybciej podjąć inicjatywę otwarcia i zaużytkowania obiektu i obiecał, że zaliczy mi to na równi z wybudowaniem nowego kościoła...

Myśl ta spędzała sen z powiek księdza proboszcza, postanowił podjąć działania w tym kierunku. Zwrócił się do niektórych mieszkańców Myczkowa o pomoc, ale nie uzyskał od nich poparcia. Może spowodował to fakt, że świeżo mieli w pamięci kary i dochodzenie prokuratorskie w sprawie budowy kapliczki na Rapiszce. Postanowił więc wspólnie z ks. Eugeniuszem Wielgoszem, ówczesnym wikariuszem w Polańczyku, w piękną, księżycową noc z 30 kwietnia na 1 maja 1977 roku przystąpić do działania - realizacji wcześniej opracowanego planu. Zaopatrzeni w piłkę do cięcia metalu i nową kłódkę około północy zjawili się przed drzwiami cerkwi. Wybrany termin był przemyślany, ponieważ w ten wieczór z soboty na niedzielę odbywała się zabawa ludowa w sąsiedniej Berezce i zdecydowana większość organów ścigania i członków ORMO "zabezpieczała" tamtą imprezę środowiskową. Po przecięciu i wymianie kłódki wrócili do Polańczyka. W niedzielę po rannej mszy św. w Polańczyku ks. Obrocki zwrócił się do obecnych tam kobiet z Rapiszki (m. in. do Anny Wacławskiej) z informacją, że będzie otwarta cerkiew i prosił o liczne przybycie parafian z Myczkowa na mszę popołudniową. O godz. 15.00 rozpoczęła się msza św. w małym kościółku, po której ks. Obrocki poinformował, że teraz przeniesiemy Najświętszy Sakrament do cerkwi. Zgromadzeni wierni za ks. proboszczem i ks. wikariuszem przeszli do otworzonej wcześniej i z grubsza uprzątniętej (nieczynnej już nawet jako miejsce wymiany mąki) cerkwi. Postawiono Najświętszy Sakrament na resztkach cerkiewnej mensy ołtarzowej i rozpoczęła się adoracja. Następnie przystąpiono do porządkowania wnętrza świątyni, które było w strasznym stanie: ochlapane wapnem okna, pełno śmieci, szkła pustych butelek, resztek po mące i zbożu oraz okropny mysi zapach.

Około godz. 19.00 odprawiono mszę św. Większość uczestników pochodziła z Rapiszki. Po mszy św. kontynuowano sprzątanie, myto okna, posadzkę betonową, czyszczono ściany. Dużą aktywność w pracach wykazały dzieci i młodzież uczestnicząca w tych wydarzeniach ( m. in. M. Krupiński, T. Matuszewski i inni).
Porządki zakończono po północy. Na czuwanie przy Najświętszym Sakramencie została nieliczna grupa. Byli to ks. Wikary E. Wielgosz, Julia Jaworska, Anna Bombar, Katarzyna Drozd i Stefania Drozd. W tych pełnych napięcia chwilach zdarzyły się i momenty całkiem humorystyczne. Kiedy trwało sprzątanie po północy Katarzyna Drozd wyszła za próg świątyni, aby wyrzucić śmieci (odpady mąki i nieczystości po myszach). Rzuciła je w kierunku lipy, która stała prawie przed wejściem. Wiejący wiatr tak pokierował śmieciami, że zawirowały i dokładnie obsypały pień zza którego nagle wyskoczyła jakaś postać dość skutecznie obsypana na biało. Okazało się, że zaistniała sytuacja zmusiła do ujawnienia się miejscowego członka ORMO, który zaskoczony i zdenerwowany w niewybredny sposób zaatakował sprzątającą, ale ona szybko wycofała się do świątyni.

Adoracja Najświętszego Sakramentu przez tę grupę trwała gdzieś do godz. 5.00 rano, następnie ks. Wielgosz zamknął świątynię i pojechał do Polańczyka, aby za około godzinę wrócić z ks. Proboszczem na mszę św., którą odprawiono rano przy niezbyt licznym udziale wiernych (obecne były m. in.: Matuszewska Paraskiewia, Katarzyna Drozd, Janina i Barbara Drozd). Po mszy św. przystąpiono dalej do sprzątania i mycia.

Zdecydowanych poczynań ze strony ówczesnych władz nie było. Jak wspomina ks. Obrocki miały miejsce "rozmowy" oraz próby nachodzenia parafian okupujących świątynię przez pracowników wydziału wyznań UP w Lesku (zresztą pochodzących z tej wioski), którzy długo nie mogli pogodzić się z tym faktem, że nikt nie chce zadenuncjować organizatorów akcji. W czasie jednej z rozmów na argument owego śledczego, że w cerkwi zrobi się dom kultury, jedna z mieszkanek p. Anna Bombar odpowiedziała: "... a coś ty Tadziu, wściekł się czy co...?".

Wzywano również na rozmowy innych podejrzanych m. in. budowniczych kapliczki, ale nie wnieśli oni nic nowego, ponieważ nie wiedzieli kto to zrobił.
Zdarzały się również niezręczne sytuacje, gdy mieszkańcy z sąsiednich miejscowości pozwalali sobie na niewłaściwe zachowanie w stosunku do adorujących Najświętszy Sakrament kobiet w cerkwi. Otóż jeden z nich, pochodzący zresztą z Myczkowa, wszedł do wnętrza w kasku na głowie (mimo, że na widocznym miejscu znajdował się Najświętszy Sakrament) i zwrócił się do starszych kobiet: ".... co, Ukrainę będziecie budować...?" Zabolało to bardzo wszystkich tym bardziej, że znały go od dziecka.
Modlitwy i sprzątanie trwało około tydzień i z dnia na dzień uczestniczyło w nich coraz więcej ludzi.
Właściwie po miesiącu czasu z braku dowodów i widząc zdecydowaną postawę mieszkańców ówczesne władze zaakceptowały zaistniałą sytuację i dn. 7 czerwca 1977 roku Wydział ds. wyznań w Krośnie przekazał cerkiew w użytkowanie parafii.

Przystąpiono więc do najpotrzebniejszych remontów. Jak wspomina ks. Obrocki zaczęto od elektryki. Fundusze pochodziły w dużej mierze od księdza biskupa, a później od mieszkańców wsi. Większość prac remontowych wykonał p. Eugeniusz Rycerz z Kraśnika, zwany w tutejszym środowisku "Rumcajsem", ponieważ posiadał dość obfitą brodę, a postawą bardzo przypominał bohatera ówczesnych dobranocek dla dzieci. Był to człowiek bardzo zdolny, który mimo braku materiałów i trudności doprowadził wnętrze kościoła i jego późniejsze wyposażenie (ołtarz, żyrandol) do godziwego stanu.
Ponieważ nie było ołtarza, ks. proboszcz zwrócił się do ks. dziekana z Wołkowyji i do tamtejszych parafian, aby przekazali dla Myczkowa znajdujący się w Górzance ołtarz z kościoła w Wołkowyji. Niestety odpowiedź była negatywna (nie chciano oddać za darmo, a na żądaną sumę pieniędzy, nie było stać naszej społeczności). Prawdą jest, że później przekazano dla Myczkowa stare balaski ołtarzowe (które odnowione i przerobione stanowią obecnie balustradę na chórze kościelnym), ramę na obraz i kolumny, z których ks. proboszcz zamierzał wykonać ołtarz. Tak się jednak złożyło, że kolega ks. proboszcza, ks. Lapa z Samoklęsk k. Żmigrodu miał w swojej parafii stary, niepotrzebny ołtarz oraz ławki. Na prośbę swego kolegi przekazał więc ołtarz i ławki dla Myczkowa. Był to nieduży ołtarzyk, już zniszczony i stary, ale po odnowieniu wyglądał całkiem dobrze. Figurę Najświętszego Serca Pana Jezusa do ołtarza podarował ks. Franciszek Weselak ze Strzyżowa.

Naprawę dachu na świątyni prowadziła firma p. Malborczyka z Rzeszowa. Dużą przydatnością przy remoncie wykazał się nowy wikariusz ks. Józef Borlikowski, który swoją słynną "Skodą" dowoził najważniejsze materiały, od cementu i wapna począwszy, a na napojach dla majstra skończywszy.
Następnie otynkowano kościół z zewnątrz. Wszystkie te prace wykonano w miarę szybko, tak iż wizytujący naszą parafię ks. Biskup Ordynariusz Ignacy Tokarczuk mógł być przyjęty w przyzwoicie wyglądającym już, choć jeszcze skromnym w wyposażenie kościele.
W protokole z wizytacji kanonicznej parafii Polańczyk, przeprowadzonej przez bikupa I. Tokarczuka w dniach 12 - 13 czerwca 1980 roku czytamy m. in.: "... w dniu 13 czerwca 1980 roku ks. biskup wygłosił kazanie w kościele filialnym w Myczkowie. Dokonał również poświęcenia tegoż kościoła. Kościół ten jest pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa i w tym dniu wypadła uroczystość odpustowa. Biskup podczas sumy o godz. 11.00 wygłosił kazanie na temat: <Naśladowanie Serca Pana Jezusa>... Parafianie bardzo licznie przybyli na powitanie i uroczystość wizytacyjną zarówno w Polańczyku, jak i w Myczkowie i w Woli".

Następcą ks. Józefa Borlikowskiego na posadzie wikariusza w Polańczyku został ks. J. Czarnik, który prowadził aktywną pracę wśród młodzieży i parafian w Myczkowie (założono chór, powstała schola dziewcząt). Fakt przeniesienia ks. wikariusza z Polańczyka zaskoczył mieszkańców wioski i spowodował wiele nieporozumień wokół tej sprawy. Ostrze protestu skierowało się przeciwko ks. proboszczowi Obrockiemu. Należy obiektywnie zaznaczyć, że nie wszystkie sprawy z tym związane, a szczególnie z osobą ks. wikariusza znane były całej społeczności. W tym czasie w parafii miały odbyć się misje św. Parafianie z Myczkowa zamknęli kościoły i nie wpuścili do nich ks. proboszcza oraz księży misjonarzy. Do dziś jeden z nich pracujący obecnie w Belgii ks. Pastuszak wspomina mszę św. odprawianą przed małym kościółkiem na starym murze, w której oprócz misjonarzy uczestniczyły dwie mieszkanki Rapiszki (p. M. Wacławska i p. J Matuszewska).

W bardzo ciepły wówczas listopadowy dzień miało miejsce jeszcze inne ciekawe wydarzenie. Otóż w czasie mszy św. z pobliskich krzaków wypełznął najprawdopodobniej zaskroniec (chociaż określono go jako węża), co było później szeroko przez wszystkich komentowane. Zdecydowana jednak postawa, trochę trzeźwiej myślących mieszkańców wioski, doprowadziła do otwarcia kościołów i misje św. mogły być kontynuowane.
Wysłanie delegacji oraz pisma do biskupa Ordynariusza przyspieszyły kolejne wydarzenia, które nastąpiły w 1981 roku.



Reklama
 
Muzeum w Myczkowie
 
Strona o miejscowości Myczków
Schola w Myczkowie
 
Strona o miejscowości Myczków
Kartka z kalendarza
 
 
Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (3 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=